Zarejestruj się za darmo, by tworzyć kolekcje i otrzymywać powiadomienia o najnowszych aktualizacjach! ZAREJESTRUJ SIĘ

Cherry: Niewinność utracona (2021) – recenzja filmu 17 mar 2021

Sara Karmańska

Cherry: Niewinność utracona, nowy film braci Russo, reżyserów Avengersów, pojawił się na platformie streamingowej Apple TV+. Choć produkcja zebrała bardzo wiele nieprzychylnych recenzji, postanowiliśmy się sami przekonać czy słusznie.

Cherry opowiada w sześciu aktach historię młodego, bezimiennego chłopaka (Tom Holland), który pełni równocześnie funkcję narratora. Śledzimy jego losy na studiach, gdzie poznaje miłość swojego życia, Emily (Ciara Bravo). Gdy dziewczyna z nim zrywa, wszystko przestaje mieć dla niego sens, dlatego zaciąga się do wojska. Z Iraku, gdzie pracował jako medyk, wraca z PTSD. Nie umiejąc znaleźć innej pomocy, ucieka w świat narkotyków, a z ich powodu trafia na przestępczą ścieżkę i zaczyna rabować banki.

Wszystkie elementy fabuły spaja ze sobą wątek romantyczny, który niestety napisany jest dość nieudolnie. Historia miłosna mogłaby zostać poprowadzona o wiele lepiej, co zdecydowanie przysłużyłoby się produkcji. Szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że właściwie wszystkie decyzje podejmowane przez głównego bohatera wynikają z jego uczuć do Emily lub prób podtrzymywania coraz bardziej destrukcyjnego dla obu stron związku.

mxXqkOPigfPwhF5pnCtW3RSErpt

Jak widać już z samego opisu fabuły, na monotonność i nudę produkcja z pewnością nie może narzekać. I poniekąd jest to jeden z jej największych problemów. Choć ostatecznie czas akcji rozpisany jest na prawie dwadzieścia lat, kilkanaście z nich ściśnięte jest w epilogu, gdzie charakteryzatorzy próbują postarzyć Hollanda bardzo podejrzanie wyglądającym wąsem. Zdecydowana część filmu to okres około pięciu lat, w ciągu których dzieje się tyle, że wydaje się to aż niewiarygodne.

Wyraźnie widać, że twórcy najmocniej postawili na antywojenny wydźwięk adaptowanej historii. Dwa akty opowiadające o szkoleniu dla kadetów oraz późniejszym pobycie w Iraku wypadają w filmie najlepiej, podobnie jak późniejsze wątki nawiązujące do trudnej sytuacji weteranów niejednokrotnie pozostawionych samym sobie, by poradzili sobie z wojennymi traumami. Sekwencje akcji są na naprawdę wysokim poziomie i dosadnie pokazują okropieństwa wojny. Począwszy od samego szkolenia, które przypomina pranie mózgu, prowadzonego przez żołnierzy, którzy sami nigdy nie trafili na front. Jednak to na wątek stresu pourazowego został położony największy nacisk, i choć są w historii kina filmy, które zrobiły to dużo lepiej, trzeba przyznać, że i w Cherry jest całkiem przyzwoicie. PTSD jest tutaj traktowana jako przyczyna wszystkich późniejszych problemów bohatera. Wydaje się, że celowo pozbawiono go imienia, tak by mógł być utożsamiany z każdym z żołnierzy próbującym powrócić do dawnego życia.

qOCkNDWAY5lHYZtU3AfoHSVUdGR

Najjaśniejszym punktem produkcji jest zdecydowanie kreacja Toma Hollanda, który po raz kolejny po Diable wcielonym (2020) pokazuje, że nie ogranicza się do kina superbohaterskiego i równie dobrze radzi sobie z produkcjami dramatycznymi (co właściwie można było zobaczyć już w Niemożliwym z 2012 roku).

Strona techniczna filmu jest bez zarzutów. Zdjęcia są na tyle dobre, że całkiem słusznie brane są pod uwagę w Oscarowym wyścigu. Ciekawa wydaje się decyzja o tym, by każdy z aktów kręcić w zupełnie innym stylu, innymi obiektywami i z wykorzystaniem innej scenografii. Warstwa wizualna naprawdę sprawdza się w Cherry doskonale. Jedynie ten wąs Hollanda wydaje się jakiś nietrafiony.

Finalnie film wypada bardzo niejednoznacznie. Historia bywa trochę nieprzekonująca, biorąc pod uwagę nagromadzenie wątków i niewielką długość czasu akcji. Jedne sceny bywają przeciągnięte, inne aspekty niedopracowane, na czele z wątkiem miłosnym. Skrócenie filmu prawdopodobnie również mogłoby mu wyjść na dobre. Coś czuję, że mogło być lepiej, ale w ostatecznym rozrachunku warto: dla roli Hollanda, dla warstwy wizualnej, dla wątku wpływu okropieństw wojny na późniejsze życie weteranów.

Ocena: 5,5/10

pokaż więcej