Kobieta z kabiny dziesiątej to adaptacja thrillera autorstwa Ruth Ware. Choć fabuła czerpie garściami z dziedzictwa Agathy Christie i stara się pozować na kryminalną intrygę, w rzeczywistości daleko mu do typowej historii o błyskotliwym detektywie, który stara się odkryć sprawcę zbrodni.
Fabuła skupia się na postaci dziennikarki śledczej z „The Guardian” – Laurze „Lo” Blacklock – która dochodzi do siebie po ostatnim zleceniu. Podczas pracy nad ostatnim artykułem była świadkiem morderstwa swojej informatorki i częściowo czuje się odpowiedzialna za jej śmierć. Aby uciec od wyrzutów sumienia, rzuca się w wir pracy, korzystając z zaproszenia na rejs luksusowym jachtem, który ma zakończyć się charytatywną galą. Całość organizowana jest przez norweską dziedziczkę fortuny w terminalnym stadium raka i jej męża. Lo nie zdobywa serc zgromadzonych gości będących członkami elity, popełniając kilka gaf związanych z nieznajomością dress code’u i jachtykiety, ale prawdziwa i nieskrywana antypatia przychodzi dopiero później.
Gdy Laura jest świadkiem, jak kobieta wypada za burtę, załoga rozpoczyna gorączkowe poszukiwania. Szybko jednak okazuje się, że nikogo nie brakuje, a cała sytuacja zostaje potraktowana jak przywidzenie i efekt wcześniejszych traumatycznych wydarzeń. Dziennikarka jednak nie daje za wygraną i poszukuje odpowiedzi, choć goście nie kryją swojej wrogości wobec kolejnych prób udowodnienia jej wersji wydarzeń.
Całość historii niestety staje się dość przewidywalna, szczególnie po wyjawieniu pewnych informacji, które są wręcz książkowym motywem dla morderstwa. Przez to odpowiedź na pytanie „kto zabił?” nie mogłaby być bardziej oczywista. I choć film w teorii można traktować jako opowieść o zachowaniach elity i społecznych nierównościach, ten komentarz nie wybrzmiał wystarczająco głośno.
Największą wadą Kobiety z kabiny dziesiątej może być fakt, że film zdaje się sam do końca nie wiedzieć, czym chce być. Produkcja stoi w rozkroku między kryminałem o kobiecie starającej się rozwiązać sprawę morderstwa, społecznym komentarzem o wadach bogaczy, sądzących, że są ponad prawem, historią o etyce dziennikarskiej a filmem psychologicznym o gaslightingu. W efekcie produkcja stara się być wszystkim po trochu, co niestety przekłada się na, to, że na żadnym polu nie odnosi sukcesu.
Do momentu zakończenia drugiego aktu produkcja jeszcze jakoś sobie radzi, ale wraz z ujawnieniem wielkiego plot twistu, wszystkie elementy sypią się jeden po drugim – akcja wytraca tempo, fabuła gubi sens, a kolejne wydarzenia stają się coraz mniej prawdopodobne. Całość znajduje kulminację w scenie uroczystej gali, podczas której Kobieta z kabiny dziesiątej wspina się wyżyny absurdu.
To, co z pewnością może przyciągać widzów do nowej produkcji Netflixa, to gwiazdorska obsada. W roli głównej można zobaczyć Keirę Knightley, która podejmuje kolejną próbę – po Black Doves i Brudnej grze – zerwania z emploi piękności z filmów kostiumowych. U jej boku można zobaczyć również między innymi Guy’a Pearce’a, Gugu Mbathę-Raw, Hannah Waddingham, David Morrisseya, Kayę Scodelario czy Daniela Ingsa. Większość z nich nie ma jednak wiele do zaprezentowania, ponieważ scenariusz nie dał im zbyt dużego pola do popisu, a portretowani przez nich bohaterowie są jednowymiarowymi narzędziami do popychania fabuły do przodu.
W ogólnym rozrachunku Kobieta z kabiny dziesiątej ma więcej wad niż zalet. Płaskie postaci nie angażują odbiorców, a przez to, że właściwie zlewają się w jednego bohatera, nawet nie bardzo są w stanie emocjonalnie zaangażować widza w rozwiązanie zagadki tajemniczego morderstwa. Zwrot akcji obraża inteligencję widza, a absurdalny finał jest kroplą, która przelewa czarę goryczy. Produkcja może nadawać się na seans „w tle”, ponieważ nie wymaga od widza zbyt wiele uwagi, ale nie należy po niej oczekiwać, że zostanie w pamięci na dłużej, niż do czasu wyboru kolejnego filmu z oferty streamingowej.
Ocena: 5/10